W wigilie Bozego Narodzenia dotarlem do Chingoli.
O kolacji wigilijnej w tradycyjnym polskim stylu mozna bylo zapomniec, ale i tak nie bylo to takie straszne.
Po pasterce kazdy zaspiewal jakas kolede w swoim jezyku. Ja z Bro. Andrzejem po polsku, Luis w Chi Niangia, Dyrektor w Chi Bemba, George po czesku, Fr. Alex po koreansku, a Patrick po francusku. Najciekawiej brzmiala „Cicha Noc” po koreansku.
Nastepnego dnia pojechalismy na Eucharystie do parafi, a potem powrot do domu i cisza – odlaczyli prad polowie Chingoli. Ach Afryka – oni to maja pomysly. Dobrze, ze naladowalem baterie w laptopie i mozna bylo wlaczyc jakies koledy.
Sniegu nie bylo za to ciagle padal deszcz. Nie bylo tez goraco… pogoda przypominala czerwiec w Polsce gdy caly dzien pada.
Wieczorem po kolacji zgromadzilismy sie wszyscy na spotkaniu wspolnotowym. Dom byl udekorowany swiatecznie wiec klimat swiat i tak byl odczuwalny. Byla tez choinka i prezenty. A nastepnego dnia szok… koniec swiat… normalny dzien pracy. W Polsce jest troche inaczej.
Kiedys sluchalem jak misjonarze opowiadali jak sie czuli w swieta bedac w Afryce… dzisiaj to wiem. Nie jest to taki radosny czas jak ten co byl w Polsce.
Pozdrawiam wszystkich i prosze o modlitwe.
kl. Bartosz Kulczyk
p.s. Mialem nie miec dostepu do internetu, ale udalo sie. Polaczenie jest tak wolne, ze jedynie gg dziala, a strony internetowe przegladam w trybie tekstowym (bez grafiki).





